|
|
|||
|
|
Reverse culture shock Więc: niech mi ktoś powie – to tak ma być? Tak jest normalnie? Od kilku miesięcy staram się zawzięcie żyć w kraju, którego szumnie mogę się nazwać obywatelką. W kraju, który w nieskończoność idealizowałam, gdy mój brooklyński szef wysyłał mnie po papierosy do sklepu. I gdy w ekwadorskiej szkole nie umiałam wytłumaczyć recepcjonistce, że potrzebuję magnetofonu na zajęcia. I gdy w ostatnie dni, gdy suknia ślubna wisiała uszyta w szafie, a dokumentów nadal nie było, i tkwiliśmy w zawieszeniu, nie wiedząc, czy zostajemy w Ekwadorze, czy kupujemy bilety do Polski, wtedy, gdy krzyczałam w poduszkę w naszym ogromnym, quiteńskim mieszkaniu. Idealizowałam ten kraj. Myślałam: po dwóch latach, wreszcie u siebie. Nie będę musiała pamiętać, żeby mieć przy sobie paszport. Wejdę do sklepu, powiem: dzień dobry, i nie będę musiała na migi tłumaczyć, że chcę papier toaletowy. Będę mogła wyjść nawet po zmroku z domu z torebką, a w niej portfelem i komórką. Nie będę musiała chować pieniędzy w skarpetce, a po wyjściu z domu cztery razy oglądać się w kółko, czy ktoś niebezpieczny za mną nie idzie. Będę mogła żyć normalnie, u siebie. No i jestem tutaj. Mam pracę, ponoć dobrze płatną, nawet bardzo dobrze. Mieszkamy w dwupokojowym, co prawda wynajętym, ale świeżo wyremontowanym mieszkaniu. Ładnym i przytulnym. Wesele było udane. Mąż też ma pracę. Stać mnie na drobne szaleństwa. Ale tylko drobne, i tylko dlatego, że dorabiam po godzinach. Swojej pracy szczerze nienawidzę. Szczerze. Co niedziela płaczę wieczorem, a w poniedziałek rano biorę głęboki wdech i myślę: do piątku tylko 5 dni. I zastanawiam się, na ile muszę być przeziębiona, żeby wziąć zwolnienie. Że co, że mogłabym zmienić pracę? Pewnie tak, ale w zawodzie, który CHCĘ wykonywać, nie mam szans. Co z tego, że uwielbiam uczyć angielskiego i nieskromnie muszę przyznać, że jestem w tym dobra? Co z tego, że mam certyfikat nauczyciela sygnowany przez college z USA? I że mam prawie rok doświadczenia w nauczaniu ludzi w wieku 9-51 na każdym poziomie zaawansowania, nie mówiąc o pracy w szkole w Nowym Jorku? NIC. „Zwykle nie zatrudniamy ludzi, którzy nie ukończyli filologii angielskiej”. That’s it. No i co, że ukończyłam filologię polską? I kurs pedagogiczny, i cały inny shit. Nie, nieważne. Teraz musiałabym studiować od początku, to samo, ale po angielsku. O. Wrocław, miasto możliwości, siedziba centrów wielkich międzynarodowych korporacji. No i przecież jest praca. No jest. Osiem godzin dziennie wpatruję się w szeregi cyferek, z których nic absolutnie nie rozumiem. Były inne oferty, jakże podobne. Nic, co by mnie faktycznie satysfakcjonowało. Żadnej pracy, do której chciałabym iść z ochotą. Zero. Jakby nie pół-prywatne lekcje angielskiego dwa razy w tygodniu, chyba bym zwariowała. Ale to daleko, pół dnia zmarnowane. No, ale dobrze płacą. Wypłata wystarcza akurat na opłacenie mieszkania i jedzenie. I już. A przecież to podobno nie jest taka znów mała wypłata. „A czemu nie chcecie kupić mieszkania, po co to komuś płacić takie pieniądze?...” Aha. Jakoś nie widzę siebie z kredytem na 40 lat. Może głupia jestem, ale na samą myśl ogarnia mnie dzika panika. Bo to znaczy, że już game over, całe życie skazani na ten kredyt i na te 50 mkw. I na tę pracę, na myśl o której chce się rzygać, ale jest, no nie ma wyjścia, trzeba pracować. I brak odwagi na zmianę. Rozmowa ze znajomymi, mały wyścig, kto kogo przebije: ja studiowałem turystykę, pracuję w windykacji, ja energetykę, pracuję jako pomoc w szpitalu, ja polonistykę, i siedzę w rachunkowości, na dodatek po hiszpańsku, ale ja to wszystkich przebijam: po psychologii siedzę jako kasjerka w banku. Do czego wróciłam, i po co. Jest mi wstyd, przed samą sobą, a przed mężem to już w ogóle. Nic tu nie ma dla mnie. A z rodziną i przyjaciółmi paradoksalnie miałam lepszy i częstszy kontakt przez internet, gdy mieszkałam w Ekwadorze, niż odkąd jestem tutaj. Tutaj nawet nie ma się czasu i ochoty na spotkania. Na nic w ogóle nie mam ochoty. W USA miałam beznadziejną pracę i wynajem mieszkania był stosunkowo drogi, ale przynajmniej stać nas było na drobne i większe przyjemności, dobre jedzenie, markowe ciuchy czy sprzęty, podróże. W Ekwadorze mieszkaliśmy w ogromnym, 70-metrowym mieszkaniu w centrum stolicy, miałam ukochaną pracę, zajadałam się owocami, których nazw nie raz nie umiałam wymówić, a weekendy spędzałam w gorących wulkanicznych źródłach albo nad oceanem, w hotelu na plaży, popijając drinki i wylegując się w hamaku przy dźwiękach reggaetonu. Tylko strach wieczny, bo kraj pełen złodziei, a cudzoziemiec ich zdaniem to człowiek noszący przy sobie miliony dolarów na drobne wydatki. A zatem pierwszy cel napaści. I obawa, czy jak wrócimy do domu, to coś w nim zastaniemy. Pieniądze noszone w butach, kłódka na plecaku. W Polsce: beznadziejna praca i tylko gonitwa za pieniądzem. Bo wszystko jest tak drogie, że szlag może człowieka trafić. Moja jedyna konkluzja. W USA można było korzystać z tańszych ciuchów, kosmetyków i sprzętu, w Ekwadorze – z taniego jedzenia i ogólnych kosztów życia. W Polsce: z niczego. Po co tu jesteśmy? NIE WIEM. A zatem i nie wiem, na jak długo. Ale każdego dnia mniej sensu w tym byciu tutaj dostrzegam. Nie dam rady tak dalej. Pewnie gdybym nie wyjechała, wszystko widziałabym inaczej. A tak? Jestem sfrustrowana, ciągle zła, ciągle przemęczona. Zbrzydłam, przynajmniej tak siebie widzę. Więc: niech mi ktoś powie – to tak ma być? Tak jest normalnie?
in-my-place 2010-02-13 14:46:20 skomentuj (7) A więc... Po 9 miesiącach w Ekwadorze, długich walkach z sądami, biurami, ministerstwami, konsulatami - za 10 dni wylatujemy do Polski. Od czerwca jestem mężatką w prawie. Od października będę mężatką w Kościele. Wrócę do Ekwadoru? Nie wiem. Mamy trzy miesiące na poszukanie szczęścia w Polsce. A potem się zobaczy. Wszystko się zobaczy. in-my-place 2009-09-14 06:01:28 skomentuj (2) Żyję Po statystykach widzę, że jeszcze ktoś tu czasem zagląda. Dla ciekawych - żyję. Od 4 miesięcy w Quito, pochmurnej stolicy Ekwadoru. Od 3 miesięcy jestem polonistką uczącą angielskiego po hiszpańsku. Jest dobrze. A jak zatęsknię za polskim jeszcze bardziej, napiszę więcej. in-my-place 2009-03-26 04:25:43 skomentuj (2) A potem wyjedziemy daleko. Zapomnimy o Ridgewood i Metropolitan Ave. Zapomnimy o autobusie 54 i brudnych magazynach mijanych co rano w drodze do pracy. O sasiadach, ktorzy sluchaja muzyki za glosno w srodku nocy. O S&J i Cafe Metro, Williamsburgu i Manhattanie, o huczacym metrze i korkach na Grand Street. O smaku jogurtow Yoplait o 5.20 rano. O lunchu z Park Deli. Dlugich godzinach w niechcianej pracy. Rozmowach przez Skype'a, zawsze za krotkich i nie o tym. Zapomnimy o zapomnieniu samych siebie. I zapamietaniu sie w nieprawdzie. Oszustwach, klamstwach, urzednikach, dokumentach. Wlozymy paszporty do szuflady, zeby poczekac, az sie zakurza. I zbudujemy wszystko jeszcze raz, tak banalnie, od zera. I bedziemy najbanalniej w swiecie szczesliwi. Tak bedzie. in-my-place 2008-09-29 20:07:47 skomentuj (2) To już jest koniec. Skończyłam studia. Z dniem 5.09.2008 zostałam panią magister filologii polskiej. Nie żeby to w jakiś szczególny sposób mnie nobilitowało, ale jednak znaczy dla mnie wiele, zwłaszcza gdy przyjrzę się ostatnim kilku miesiącom mojego życia i przypomnę sobie, ile zdrowia straciłam i nerwów, pisząc tę nieszczęsną pracę. Szanowna Komisja namawia mnie do doktoratu, no w tym roku to już za późno, proszę pani, bo egzaminy na studia doktoranckie są w poniedziałek. Ale w przyszłym roku, niech pani pomyśli. Zrobiłam sobie kilka fotek przed uniwerkiem, dostałam zaświaadczenie, że jestem magistrem, dyplom odbierze mama. I już. 5 lat, kiedy to minęło? Pamiętam tak dokładnie egzaminy wstępne, gdy stałam w tłumie ludzi i czekałam, kiedy nas wpuszczą do sali wykładowej, która dziś jest czytelnią. I pewna szalona dziewczyna siedziała koło mnie w lawce i częstowała Milką. A potem ta dziewczyna okazała się Martą I., partnerką do wspólnej nauki i dzielenia wszystkich smutków i radości. I do dziś pomimo oceanu została bliższą osobą niż własna siostra nawet. Pamiętam te wszystkie nocki naukowe, gramatykę historyczną i śnieżycę w dzień egzaminu, zajęcia z literatury z dr. P., z których przez cały semestr miałam jedną stronę notatek i byl to plan zajęć, pamiętam konferencje językoznawcze i imprezy przy piosenkach typu Straciłam cnotę o 4.00 nad ranem, teorię literatury z dr. Ch., praktyki nauczycielskie, nauczanie polskiego jako obcego, imprezy w Ołówku. Stancję na Prusa, sklepik na Oleśnickiej. 12-godzinne dni pracy i nauki, a potem czytanie książek z listy lektur, liczącej 30 pozycji na semestr, rozmowę z Aśką, praktyki w Wyborczej, 3-letni okres pracy tam, wakacyjne pomieszkiwanie z Natalią i wycieczki rowerowe do parku na Wyszyńskiego, dlugie niedziele w "Słowie Sportowym", stancję na Szczytnickiej, ściany trzęsące się, gdy ulicą przejeżdżał tramwaj. Mieszkanie na Solnym, pracę w Profi-Lingua, dlugie wieczory przy piwie i darmowym popkornie w Siedmiu Kotach. Imprezy w No Name, kursy tańca. Wakacje w Pobierowie, tańce w Lotnisku, Władysławowo i Hel, spanie w pociągu, autostop z Jastrzębiej Góry, robale w namiocie, fantastyczne widoki po wielogodzinnym łażeniu po górach gdzieś w okolicach Krynicy, Polanicę z Martą, Sylwestra z Michałem, Anią i Sivym. Śpiewanie do 6.00 rano przy gitarze, opowiadanie kawałów, wódkę w pokoju, żeby reszta nie widziała. Zamykające się oczy nad książkami w Uniwersyteckiej i Ossolineum. Można powiedzieć, że w sumie z pięciu facetów, dwóch na serio i na zawsze, kilka większych zawrotów głowy. Wielka miłość 3-letnia zakończona tak bolesnym rozstaniem. A potem 2-letnia, z rozstaniem wcale nie łatwiejszym. A potem Mój Wielki Życiowy Błąd z Dalekiej Krainy. Wyjazd do USA, który zmienił wszystko. Przygoda życia, czyste szaleństwo i wszystko nie do wiary, że tam jestem. No i wreszcie TENNN, jeden jedyny. 5 miesięcy długiego czekania, próba zakochania się w Polsce na siłę, nieudana oczywiście. No pewnie, że tak byłoby prościej, ale widocznie mi proste rozwiązania nie są pisane. Przynajmniej w niektórych sprawach. Nowy Jork, nowe doświadczenia, dorosłość do bólu. I magisterka. Gdyby ktoś na początku studiów, właśnie wtedy, gdy znalazłam swoje nazwisko na liście przyjętych, powiedział mi, że będę te studia kończyć, mając dom w Polsce i USA, że tuż przed obroną mój ekwadorski ukochany powie mi przez telefon buena suerte, dzwoniąc z Naszego Mieszkanka w Nowym Jorku, powiedziałabym temu komuś, że jest absolutnie stuknięty. Gdyby ktoś wtedy, gdy Asia B. w "Wyborczej" odliczała dni do urlopu w Peru, gdy my z Martą wybierałyśmy się do Władysławowa na najtańsze pole namiotowe, powiedział, że zobaczę Wielki Kanion z helikoptera, przejdę się po Golden Gate w San Francisco i będę przepływać promem do pracy obok Statuy Wolności, a wycieczka do Ekwadoru będzie w zasięgu moich możliwości, kazałabym temu komuś iść się leczyć. A jednak wszystko jest możliwe, i nawet nie trzeba w to wierzyć, bo są rzeczy, w które uwierzyć nie można. Po prostu trzeba je przeżyć, gdy tylko pojawią się na horyzoncie. Skończyłam studia. Uzyskała tytuł magistra z wynikiem bardzo dobrym. To chyba tak musi być, że trzeba życie ujmować w etapy, lata, liceum, studia, pracę tu, pobyt tam. Bo inaczej to wszystko zatarłoby się, wymieszało. Więc mój etap studencki się zakończył. Tak, gratuluję sobie nieskromnie i wszystkim życzę tej satysfakcji z siebie, którą mam. Potrzebne mi to było, tytuł nie jest tak ważny, jak to, że znów sobie przypomniałam, że jestem coś warta nie tylko dla Niego. Że mogę coś osiągnąć i nie musi to być nieciekawa praca w S&J Sheet Metal na Brooklynie. Osiągnę więcej, mamy plany i marzenia. Jest do czego dążyć, najważniejsze, że razem. Tydzień wakacji w Polsce i kolejny lot do NY. Ale teraz polecę już inna. in-my-place 2008-09-06 12:25:40 skomentuj (4) ? Czego ja tak naprawdę chcę? Co dalej?... in-my-place 2008-08-31 13:45:03 skomentuj (0) Jeszcze kilka dni Jeszcze tydzien. Niecaly juz. Dni wloka sie teraz jak zolwie, nie moge sobie znalezc miejca, przegladam uporczywie wiadomosci z Polski, zdjecia z Wroclawia, nie moge sie doczekac, a na mysl o powitaniu na lotnisku znow mam ochote sie rozplakac jak dziecko, tak jak w zeszlym roku w Warszawie. Boje sie lotu, ale chyba jeszcze bardziej pytan o przyszlosc, kolejnego pozegnania po zaledwie 25-dniowym pobycie w domu. Tym razem bilet jest w jedna strone, a planow zadnych. I kompletnie nie wiem, kiedy znow przyjad do Polski. Rozstraja mnie ta podroz, o tej pory przeciez nie tesknilam. A teraz mam wrazenie, ze zabraknie mi tchu, gdy tylko o Polsce pmysle. Moj perfekcyjny, dokladny, wyszukany i zadbany jezyk polski, ktory kocham i ktory studiowalam zubozal bardzo. Chryste, biore autobus, na obiad jem salmona, a klientow w firmie charguje, Boze. Az mi siebie zal. Mimo wszystko dalej mowie do widzenia a do nieznajomych nie zwracam sie per ty. To jeszcze nie jest tak zle. Nie ma to jak 18h na 24 mowic po angielsku wylacznie. Angielskojezyczna telewizja, gazety, tak bardzo chcialam sie nauczyc jezyka lepiej, lepiej... Ale gdzies zapomnialam o tym, co najwazniejsze. Szkoda tylko, ze nawet z polskojezycznymi znajomymi rozmawia sie w tym ohydnym polskawym jezyku. Wczoraj poklamalam troche mojemu dyrektorowi ze szkoly. Praca bedzie, i to chyba jeszcze w lepszej wersji niz ta, ktorej sie spodziewalam- czyli chyba ruszy kurs polskiego dla Amerykanow. Musze tylko napisac plan i wybrac podreczniki. Ulozylam sobie tu wszystko. Tylko tesknie, im blizej urlopu, tym bardziej. Praca magisterska na 130 stron, sprawdzona, obrona prawdopodobnie koniec sierpnia - poczatek wrzesnia. Nie wierze sama sobie, ze mi sie udalo. in-my-place 2008-08-15 14:28:58 skomentuj (3) |
|
O mnie - Update Update'u :)
GG 2922987 Księga gości Wpisz się Zobacz Ulubione miejsca w sieci ellik zagubinowo bye-bye-monotony mmmadu cryptameria master agus Magda:) brain-wave alone4ever Za mną 2010 luty 2009 wrzesień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad |